powrót

 

Konsumenckie nieposłuszeństwo

To nieprawda, że zwykli ludzie nie mają wpływu na los upadającej fabryki i decyzje właściciela. Mają, i to jaki... Ale muszą się zorganizować i z uporem walczyć o swoje interesy.

Marta Mrozowicz, pracownica Powiatowego Urzędu Pracy w Jarosławiu, gdy jej dzieci dopraszają się o ulubione pieguski, zakłada fartuch, wyciąga ze spiżarni mąkę i sama piecze ciastka. - Gotowych nie kupię - zaklina się. Czterdziestotysięczne miasteczko w woj. podkarpackim od dwóch miesięcy nie kupuje niczego, co kojarzy się z marką wielkiego francuskiego producenta żywności, a na tych, co wyłamują się i w tajemnicy wcinają Danonki, ciąży odium zdrajców. W ten sposób społeczność lokalna chce zmusić koncern, by cofnął decyzję o przeniesieniu produkcji słodyczy z ich miasta do Płońska.
Dariusz Przyłożyński, który od pięciu lat pracuje w browarze w Braniewie, utrzymuje żonę i czworo dzieci, doskonale rozumie postawę Mrozowicz. On sam przestał przeklinać nazwę holenderskiego koncernu Heinekena, właściciela Braniewa, dopiero w czwartek, gdy ten wprowadził do browaru nowego inwestora.
- Gdybym stracił pracę i nie dostałbym odprawy, to mojej rodzinie nie starczyłoby nawet na opłacenie czynszu - mówi. - Musielibyśmy sprzedać dom i przeprowadzić się na wieś, w okolice Gdańska, gdzie jest więcej pracy. Byłem załamany, nie wiedziałem, co robić.
Kiedy przed kilku laty wielcy zagraniczni inwestorzy pojawili się w tych dwóch małych miejscowościach - Danone w Jarosławiu, Heineken w Braniewie - obiecywali pracownikom wysokie zarobki, stabilne zatrudnienia, a miastom szybki rozwój przy ich boku. I ludzie im zaufali.
Gdy teraz koncerny zdecydowały się nagle zamknąć fabryki, spotkały się nie tylko z silnym oporem załóg, broniących swoich miejsc pracy, ale i lokalnych społeczności, które poczuły się oszukane. Braniewo zagroziło ostrymi protestami. W Jarosławiu po raz pierwszy w Polsce ogłoszono konsumencki bojkot towarów koncernu.
Do tej pory zadośćuczynienie, jakie proponowały firmy załogom zamykanych zakładów, wystarczało. Jeszcze kilka miesięcy temu, gdy Nestlé zamykał fabrykę cukierniczą w Lesznie, ludzie zacisnęli zęby, wzięli odprawy i opuścili zakład. Ale opór niewielkiego Braniewa i Jarosławia przestraszył wielkie koncerny międzynarodowe. Dlaczego? Bo uderzał w ich wizerunek firm wiarygodnych.

Strach przed utratą twarzy sprawił, że koncern Danone ugiął się i gotów jest przystać na propozycje załogi, a zarząd Żywca (część koncernu Heinekena) zgodził się oddać zakład po preferencyjnej cenie nowemu inwestorowi - polskiej firmie Dr Witt, czołowemu producentowi soków owocowych. Koncerny nie miały wątpliwości: trzeba za wszelką cenę ratować swoje marki, bo to się bardziej opłaca niż awantura z pracownikami i mieszkańcami, którą nagłośnią media.
W świecie zaostrzonej konkurencji nie wystarczą już miliony dolarów zainwestowane w kampanie reklamowe, kolorowe opakowania czy nowe wzory. Ludzie chcą kupować produkty firm, które nie oszukują, nie zatruwają środowiska, nie testują kosmetyków i leków na zwierzętach, troszczą się o swoich pracowników.
- Dziś dobra reputacja przedsiębiorcy jest kluczem do rynkowego sukcesu - mówi Stephen Harvey z Microsoftu.
Niedawno o sile wizerunku przekonała się holenderska sieć hipermarketów Ahold. Kiedy wyszło na jaw, że jej prezes zarabia krocie, gdy wyniki finansowe poszły ostro w dół, klienci zaczęli sieć bojkotować. Anders Moberg natychmiast zrezygnował z 3 mln euro, czyli połowy swojego wynagrodzenia. Tym spektakularnym gestem chce odzyskać zaufanie klientów. Opinia publiczna zmusiła też do dymisji prezesa nowojorskiej giełdy Richarda Grasso. Inwestorzy uznali, że to nie w porządku zarabiać na takim stanowisku 140 mln dolarów rocznie. Jego następca John Reed ogłosił, że będzie pracował za symbolicznego dolara rocznie.
A Heineken (właściciel Żywca) jeszcze rok temu myślał, by po prostu zamknąć nierentowny zakład w Braniewie, zwolnić 150 osób i pozbyć się kłopotu.
- Ludzi spotkało ogromne rozczarowanie, tak się cieszyli, gdy Holendrzy przejmowali browar pięć lat temu. Teraz zamiast obiecywanego rozwoju mieli iść na bruk z całą firmą? - mówi burmistrz miasta Henryk Mroziński.
Z ekonomicznego punktu widzenia Holendrzy mieliby rację, bo zakład w Braniewie przynosił im straty: w 2002 roku, aby utrzymać produkcję i zatrudnienie, koncern musiał dopłacić do browaru aż 10 milionów złotych. Ale ludzie nie liczą jak księgowi.

- Gdy dowiedzieli się, że browaru nie będzie, klęli na czym świat stoi - mówi Tadeusz Strzelecki, właściciel baru gastronomicznego przy ul. Kościuszki. - Mówili, że jak Holendrzy zamkną firmę, to oni wyjdą na ulicę, bo lepiej zdechnąć niż iść na bezrobocie.
Strzelecki nie dziwi się, że załoga stawiała sprawę na ostrzu noża. Browar to ostatni duży zakład w powiecie. Stopa bezrobocia w woj. elbląskim przekracza 35 procent, a w samym Braniewie ponad sześć tysięcy rodzin nie ma pracy. Likwidacja browaru oznaczałaby, że rzesza bezrobotnych zwiększy się o kolejne 150 osób. Gdy do tego doliczy się rodziny zwalnianych, blisko 500 osób zostałoby bez środków do życia.
Gdy burmistrz Braniewa Henryk Mroziński dostał te wyliczenia, postanowił wkroczyć do akcji. W styczniu zorganizował okrągły stół, przy którym zasiedli przedstawiciele związków zawodowych, urzędu miasta i Heinekena. Po kilku tygodniach negocjacji udało się osiągnąć kompromis. Heineken zobowiązał się przez kilka miesięcy utrzymać produkcję i zatrudnienie (kosztowało go to w sumie około 10 mln zł), wypłacić zwalnianym wysokie odszkodowania (od 20 do 70 tysięcy złotych). i sfinansować pracownikom darmowe kursy przygotowujące do zmiany zawodu. A co najważniejsze zgodził się, za pośrednictwem firmy doradczej Ernst & Young, znaleźć inwestora, który da ludziom pracę. Postawił tylko jeden warunek - zakład pod nowymi rządami nie będzie produkował piwa.
Dzięki ugodzie po Heinekenie pozostało dobre wspomnienie w miasteczku, a w kraju koncernowi udało się zachować twarz. Dziś władze miasta i pracownicy browaru mogą spać spokojnie. Dr Witt, nowy właściciel browaru, obiecał zainwestować w zakład 20 milionów złotych, zagwarantował też utrzymanie połowie zatrudnionych i przyjęcie dodatkowo nowych ludzi, gdy produkcja soków ruszy pełną parą.
- Holendrzy zgodzili się znaleźć inwestora, bo bali się, że podczas ewentualnych niepokojów ucierpi marka firmy i ich piwa - mówi Andrzej Długosz, specjalista PR i niezależny ekspert z branży piwnej. - Wtedy konsumenci odwróciliby się od nich, spadłaby sprzedaż.

Eksperci od public relaction nie mają wątpliwości: straty spowodowane zepsuciem reputacji i ewentualnym bojkotem towarów mogą być znacznie wyższe niż kilka milionów złotych wydane na poszukiwanie inwestora i ochronę socjalną załogi.
Jak może być bolesna utrata reputacji, poczuł na własnej skórze wielki producent butów i odzieży sportowej, amerykański koncern Nike. Kilka lat temu świat dowiedział się, że w jego fabrykach w Azji Południowej w skandalicznych warunkach pracują... dzieci. Sprzedaż wyrobów Nike'a natychmiast spadła o kilkanaście procent. Firma musiała wyłożyć miliony dolarów na restrukturyzację azjatyckich zakładów i odbudowę wizerunku. I tak naprawdę pytanie, jak to możliwe, żeby firma reklamująca zdrowy styl życia czerpała zyski z pracy nieletnich, nigdy nie znikło.
- Konsumenci coraz większą wagę przywiązują do etycznych aspektów działalności firmy - twierdzi Noreena Hertz, autorka książki "The Silent Takeover". - Będą coraz częściej bojkotować produkty korporacji, które nie liczą się ze środowiskiem naturalnym, kłamią, szastają pieniędzmi akcjonariuszy, a pracowników traktują jak maszyny, które wyrzuca się do śmietnika po zam-knięciu zakładu.
Tak właśnie poczuli się pracownicy zakładów ciastkarskich w Jarosławiu, gdy kilka tygodni temu firma LU Polska (należąca do Grupy Danone) ogłosiła, że fabryka zostanie zamknięta. Francuzi postanowili przenieść linie produkcyjne do zakładu w Płońsku, bo jarosławska fabryka stała się nierentowna: sprzedaż ciasteczek w 2002 roku spadła do 9 tysięcy ton (z 15 tysięcy w roku 2000).
W załogę wiadomość ta strzeliła jak grom z nieba. Dwa lata temu podobnie jak browarnicy z Braniewa cieszyli się, że zyskali potężnego inwestora. Liczyli, że pod jego opieką zakład rozkwitnie, a oni nie będą martwić się o pracę. Tym większe było ich rozgoryczenie i gniew. Załoga nie uwierzyła, że zakład stał się nierentowny i postanowiła bojkotować produkty Danone.
- Wiedzieliśmy, że podobna akcja przyniosła dobre efekty w węgierskim miasteczku Györ - twierdzi przewodniczący związków zawodowych w zakładzie Marek Prząda. - Tam pod społecznym naciskiem Danone wycofał się z likwidacji fabryki.

Związkowcy postanowili przekonać się, czy sprawdzony na Węgrzech sposób zadziała w Jarosławiu. Dogadali się z kupcami i od ponad dwóch miesięcy właściciele hurtowni i kilkuset miejskich sklepów nie sprowadzają niczego, co oznakowane jest logo Danone.
- Pomagamy pracownikom zakładu także we własnym interesie - mówi Kazimierz Makulski, wiceprezes PSS Społem w Jarosławiu. - Gdy zakład zostanie zlikwidowany, wzrośnie bezrobocie, ludzie nie będą mieli pieniędzy na zakupy i my też w końcu pójdziemy z torbami.
Do bojkotu przyłączył się nawet burmistrz Jarosław Dąbrowski. W mieście już dziś 17 proc. ludzi w wieku produkcyjnym nie ma pracy. Przeniesienie zakładu oznacza wzrost liczby bezrobotnych o ponad 400 osób oraz likwidację prawie 4 tysięcy miejsc pracy w firmach, które współpracują z fabryką: dostawców mąki, jaj, cukru, kierowców, rozwożących towar.
- Zakład to serce miasta - mówi burmistrz. - Jeśli przestanie pulsować, Jarosław umrze. Ludzie to wiedzą, dlatego nawet największe łakomczuchy powstrzymują się od jedzenia ciastek i łakoci Danone. Chcą w ten sposób skłonić koncern, by za symboliczną złotówkę przekazał im budynki i część linii produkcyjnych oraz prawo do starego znaku firmowego Zakładów Przemysłu Cukierniczego San, który LU Polska kupił dwa lata temu wraz z fabryką.
Pracownicy w Jarosławiu zamierzają dalej sami produkować ciastka. Na razie nie zapadły jeszcze decyzje, ale trwają negocjacje. Burmistrz Dąbrowski uważa, że rozmowy to efekt bojkotu, wcześniej Danone nie chciał słyszeć o pomocy w utrzymaniu produkcji.
Socjolog, profesor Ireneusz Krzemiński nie ma wątpliwości, że mieszkańcy dopięli swego, bo potrafili się zjednoczyć. - Działali jak społeczność, która staje w obliczu wspólnego zagrożenia - mówi Krzemiński. - Tym wrogiem w ich wypadku jest bezrobocie i bieda.
Ogłaszając zamiar przeprowadzenia bolesnej restrukturyzacji, LU Polska chciał być w porządku: zwalnianym ludziom obiecał wysokie odprawy, pomoc w przekwalifikowaniu i szukaniu nowej pracy. A tym, którzy zechcą założyć działalność gospodarczą - dotację w wysokości 40 tysięcy złotych. Ludzie woleli jednak zatrzymać swoje miejsca pracy.

Francuzi skłonni są nawet zgodzić się, by w Jarosławiu pod marką San produkowano niektóre ich ciasteczka. - Jeśli okaże się, że spółka ma szanse przetrwania na rynku i da pracę ludziom z Jarosławia, to jesteśmy gotowi pomóc w powstaniu takiego przedsięwzięcia - zapewnia Tomasz Osuch, jeden z dyrektorów LU Polska. Nie chciał zdradzić, jakie będą koszty planowanej restrukturyzacji.
Można śmiało zakładać, że niemałe. Lecz cena utraty dobrej opinii mogłaby okazać się
wyższa.
Firma uaktywniła cały sztab specjalistów od public relation, by poprawili jej wizerunek w mediach. We wrześniu ruszyła w telewizji kampania reklamowa informująca o włączeniu się Danone do akcji Pajacyk - dożywania głodnych dzieci.
- To próba zatarcia złego wrażenia, jakie wywołało zamieszanie wokół zakładu w Jarosławiu - przypuszcza pragnący zachować anonimowość analityk rynku detalistów towarów szybkiego obrotu (FMCG). Przedstawiając się jako dobroczyńca dzieci, Danone chce zapobiec spadkowi sprzedaży produktów.
Wielkie koncerny mają skłonność do traktowania nas jak masę plastyczną, którą można odpowiednio kształtować. Ale gdy ich postępowanie przestaje się nam podobać, możemy przywołać je do porządku. Tak jak obywatele podczas wyborów parlamentarnych, wrzucając do urn kartkę wyborczą, tak konsumenci na wolnym rynku mogą wybierać produkty, posługując się portfelami. Koncerny dobrze wiedzą, że nawet kuse portfele są bronią o dużej sile rażenia.

 

źródło: Newsweek numer 41/03, strona 80
 

 

  powrót

Copyright © Fundacja Pomocy Antyk